piątek, 10 lutego 2017

Jaglanko - orkiszówka w wersji lux:).

Nocna owsianka to najłatwiejszy sposób na szybkie śniadanie:). U mnie jednak ostatnio płatki owsiane "wyszły", o czym zorientowałam się oczywiście wieczorem, jak już za późno było na wycieczkę do sklepu. Przetestowałam zatem jak wyjdą w tej wersji błyskawiczne płatki jaglane i orkiszowe, w których posiadaniu akurat byłam.
Przestrzegam - na surowo smakują fatalnie, nie da się ich jeść tak jak owsianych prosto z lodówki. Po podgrzaniu jednak całości zyskują bardzo dużo - tracą "trocinowatość" za to stają się kremowe, jak być powinno. Moczenie nocne jednak na pewno skraca proces gotowania śniadania - starczy chwila aby je podgrzać.


























Płatki jaglane i orkiszowe z kokosem i jagodami

0,5 kubka płatków jaglanych błyskawicznych
0,5 kubka płatków orkiszowych
3 łyżki wiórków kokosowych
0,5 kubka jagód
mleko sojowe waniliowe (albo inne roślinne)
syrop klonowy do polania


1. Wszystkie składniki wsypujemy do pojemnika i zalewamy mlekiem tak żeby je przykryło. Wsadzamy do lodówki na noc.

2. Rano podgrzewamy całość parę minut, aż płatki zrobią się gorące i kremowe.

3. Przed podaniem możemy polać płatki syropem klonowym albo z agawy, jeżeli nie jest nam jeszcze dosyć słodko:).

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Jak "zespałnować" urodzinowego creepera?

Moje dziecko jest zapalonym minecrafterem. Z psychotestu wykonanego przezeń w czasopiśmie branżowym wynika, że Jacek jest creeperem - dusi w sobie wiele emocji, a potem niespodziewanie wybucha;). Stąd wybór wypieku na ósme urodziny, których zresztą tematem przewodnim był Minecraft. Oto moja mozaika "opus creeperatum";).
Nie będę skupiać się w tym wpisie na podaniu dokładnej receptury tortu, zwłaszcza, że mógł być on duuużo smaczniejszy, gdyby moje niejedzące dziecko pozwoliło mi nasączyć blaty, przełożyć go czymś ciekawszym niż sam krem maślany... Podam natomiast kilka porad jak wykonać dekorację tak, żeby nie wyszła z tortu kompletna porażka - a uwierzcie mi... na wiele tortów z lukrem typu "fondant" już się porywałam i wiele razy kończyły się one spektakularną porażką;).




Jak zrobić tort w kształcie creepera?

1. W tego typu tortach nie powinniśmy używać jako bazy lekkich ciast typu biszkopt. Lepiej wychodzą na cięższych ciastach ucieranych. 

2. Do przekładania i pokrycia tortu z doświadczenia wiem, że najlepiej sprawdza się krem typu "swiss meringue buttercream". Przepis nań można znaleźć np. na stronie wspaniałego blogu Moje Wypieki: http://www.mojewypieki.com/post/rozowy-tort-z-falbankami---tort-dla-malych-ksiezniczek . Radzę przygotować podwójną porcję!

3. W przypadku creepera ważne jest zaplanowanie wcześniej wymiaru naszego tortu, przeliczenie jakiej wielkości powinien być kafelek lukru i rozplanowanie rozmieszczenia elementów "twarzy" creepera. W moim przypadku:

- 3 blaty docięte w kwadrat o boku ok. 21,5 cm (zostawiłam troszkę zapasu na pokrycie pierwszą warstwą lukru) - docelowo bok tortu powinien mierzyć 22 cm przed "kafelkowaniem" pikselami

- Rozmiar pikselka ustaliłam na kwadrat o boku 2 cm.

- Rozrysowałam sobie plan tortu, z rozmieszczeniem creeperowych oczu i nosogęby
U mnie wyglądało to mniej więcej tak:


Dzięki rozrysowaniu planu zauważyłam, że wszystkie elementy muszę obniżyć o jeden rządek w dół, żeby efekt był w miarę proporcjonalny.

- Lukier plastyczny kupiłam gotowy - 1kg białego i małe opakowanie czarnego + barwniki zielony, żółty, niebieski w żelu. Myślę, że teraz wzięłabym też gotowo zabarwiony ciemnozielony lukier w niewielkiej ilości - farbowanie lukru pochłania OGROMNĄ ilość barwnika jeżeli chcemy uzyskać intensywną barwę. Z dużego białego kawałka oderwałam niewielkie kawałki wielkości max 2 orzechów włoskich, i pobawiłam się w farbowanie i mieszanie kolorów tak, żeby uzyskać te ciemne odcienie creeperowej buźki - tyle kafelek ile na planie.

- Z reszty oderwałam jeszcze kilka większych kulek lukru i zafarbowałam je na jaśniejsze i bardziej jaskrawe, oraz pastelowe odcienie zieleni.

- Technika wycinania kafelek: najłatwiej jest jeżeli mamy matę typu "self healing cutting mat" z podziałką centymetrową, wtedy łatwo do rozwałkowanego na około 2-3 mm placka lukru przyłożyć linijkę co 2 cm pionowo i poziomo, zaznaczyć sobie linie cięcia i powycinać pikselki za pomocą okrągłego noża do pizzy. Można jednak poradzić sobie i narysować podziałkę odręcznie np. na papierze do pieczenia i na tym wałkować lukier

- Ekspedientka w sklepie, w którym kupowałam lukier plastyczny poradziła mi bym kafelek nie przylepiała do kremu tylko położyła pod nimi cieńką warstwę białego lukru - myślę, że tą poradą uratowałą mój tort:).

- Zanim nałożymy lukier bardzo ważne jest żeby uzyskać porządny prostopadłościan z naszego tortu, czysty i gładki - dlatego ważne jest po przełożeniu tortu kremem, nałożenie nań tzw. "crumb layer" - cienkiej warstwy kremu, która wiąże wszystkie okruchy i stanowi pierwsze wyrównanie powierzchni ciasta. Po nałożeniu crumb layer najlepiej tort wstawić na jakąś godzinkę do zamrażarki.

- Po wyciągnięciu z zamrażarki nakładałam resztę kremu starając się uzyskać ładne kąty proste na krawędziach, ciasto znów włożyłam do zamrażarki i przed nakładaniem lukru jeszcze dopracowałam powierzchnię nożem do nakładania kremu

- Ważne jest by lukier porządnie pougniatać i wyrobić jak ciasto przed pracą z nim. Powierzchnia na której to robimy musi być całkowicie czysta (można przejechać po niej kuleczką z lukru - wszystko zbiera). Powierzchnię można podsypywać cukrem pudrem, żeby nic nam się nie przylepiło do blatu w trakcie wałkowania. Przed wałkowaniem lukier musi być mocno elastyczny - dzięki temu nie porozrywa się przy nakładaniu (tak, to już też przerobiłam;)).

- Po nałożeniu warstwy białego lukru patrzymy czy nie ma nań jakichś bąbli, które można przekłuć szpilką i wygładzić.

- Pikselki nakładałam na biały lukier jeden przy drugim, starając się unikać uzyskania jakiegoś wzoru, części twarzy nakładałam zgodnie z zaplanowanymi kolorami w określonych miejscach siatki. Kafelki przyklejałam do tortu smarując je lekko pędzelkiem zamoczonym w wodzie.

No i to w zasadzie byłoby na tyle. Na wszelkie pytania odpowiem w komentarzach.

Jedno Wam powiem - dzieciakom podobno opadły szczęki:))).












czwartek, 15 grudnia 2016

Wegańskie brownie - the best ever!

Jestem wielbicielką brownie - wiele razy zarzekałam się, że nie ma lepszego niż to od Nigela Slatera (przepis tu: http://kukinarium.blogspot.com/2015/10/brownie-wg-nigela.html ), ale chyba zmienię zdanie;). To ciacho jest jednak przede wszystkim  duuuużo zdrowsze - nie zawiera mąki ani cukru, robione jest na puree dyniowo - bananowym...w zasadzie to jemy warzywa i owoce, a nie deser;))).



Brownie ma świetną konsystencję po schłodzeniu, nie potrafię znaleźć dobrego odpowiednika dla angielskiego słowa  "fudgy", które idealnie tę teksturę oddaje - jak ktoś zaproponuje mi takowy, to obiecuję, że upiekę mu blaszkę ciasta w nagrodę!
Polane wegańskim ganaszem jest po prostu dekadenckie w smaku - tak satysfakcjonująco czekoladowe, że spokojnie zadowoli największego czekoholika.


Brownie

350 gram puree z dyni
2 dojrzałe banany
3/4 szklanki masła orzechowego
150 g czekolady 80%
3 łyżki syropu klonowego

Ganasz:
3 łyżki roztopionego oleju kokosowego
tabliczka gorzkiej czekolady
2 łyżki syropu klonowego


1. Wszystkie składniki potraktowałam blenderem aż stworzyły jednolitą masę. Czekoladę rozpuściłam w kąpieli wodnej i dodałam do pozostałych składników.
2. Ciasto wylałam na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia i piekłam przez około 25 minut w temperaturze 180 stopni. 

3. Aby zrobić polewę roztopiłam olej kokosowy i czekoladę, wszystko razem dokładnie wymieszałam dodając syrop klonowy. Schłodziłam ją i wylałam na ciasto jak zaczęła gęstnieć. Potem można całość posypać orzeszkami, albo czymś innym co lubimy, wsadzić do lodówki i po jakiejś godzince możemy zajadać:).



 


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Muffiny z nadzieniem z orzechów włoskich

Orzechów włoskich mam pod dostatkiem, dzięki ofiarności taty i teściom, którzy poświęcili się i wyłuskali dla mnie wielki worek. Ja nie dorobiłam się jeszcze niestety dziadka do orzechów...no, w tym przypadku zajął się nimi prawdziwy dziadek;).
Zaczynam zatem kombinowanie co tu można stworzyć z orzechów włoskich, bo niedługo nowy sezon i zapasy pewno się jeszcze powiększą.
2 kubki podprażonych orzechów zmieliłam drobniutko na masło orzechowe - pycha do wyżerania solo, ale i w tych muffinach, posłodzone miodem i z dodatkiem przypraw świetnie daje radę.
Taki muffin, książka (czytam teraz "Hardą" Cherezińskiej, gorąco polecam!!!) i filiżanka cappucinno na tarasie to moja wersja idealnego popołudnia.

































Muffiny z nadzieniem orzechowym

składniki suche:
1,5 kubka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej

składniki mokre:
2 jaja
0,5 kostki masła
200 ml mleka
1 laska wanilii

nadzienie orzechowe:
2 kubki orzechów włoskich (można mniej mi zostało, ale z takich proporcji robiłam)
3 łyżki miodu
pół łyżeczki cynamonu,
6-7 rozgniecionych w moździerzu strączków kardamonu


1. Aby zrobić nadzienie podprażyłam orzechy delikatnie na patelni. Następnie zmiksowałam je do konsystencji gęstego masła orzechowego.

2. Masło orzechowe wymieszałam z miodem, cynamonem i kardamonem

3. Zmiksowałam jajka z cukrem i wanilią aż zrobił się z nich kogel mogel.

4. W rondelku roztopiłam masło, lekko wystudzone zmieszałam z jajkami, dodałam mleko i wszystko jeszcze raz zmiksowałam.

5. Mąkę przesiałam z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną, wsypałam do mokrych składników i delikatnie wszystko zmieszałam szpatułką.

6. Piekłam muffinki w temperaturze 180 stopni aż nabrały złocistobrązowego odcienia.







niedziela, 7 sierpnia 2016

Prosty chleb na zakwasie

Nie znam lepszego zapachu niż to jak pachnie piekący się chleb. Niedawno wydębiłam od znajomej, która nota bene piecze obłędne bochenki, zakwas i wreszcie znalazłam chwilę by zrobić z niego użytek.
Wyszukałam sobie w miarę nieskomplikowany przepis w internecie ( "Basic sourdough recipe" Vanessy Kimbell ze strony sourdough.co.uk ), et voila:




Prosty chleb na zakwasie

300 g wody
100 g rozczynu na zakwasie
100 g mąki razowej
400 g mąki pszennej chlebowej
10 g soli zmieszanej z 15 gramami zimnej wody
25 g mąki do posypania koszyka do wyrastania

Rano, dzień przed pieczeniem chleba

Zmieszaj 2 łyżki zakwasu z 50 gramami wody i 50 gramami mąki chlebowej. Zostaw do wieczora. To jest twój starter.

Późne popołudnie dzień przed pieczeniem

1. W sporej misce wymieszaj wodę i starter. Dodaj mąkę i mieszaj aż wszystkie składniki połączą się w jedną kulę ciasta chlebowego.

2. Przykryj ciasto czystą wilgotną ściereczką kuchenną i zostaw ciasto by odpoczywało przez 1-2 godziny.

3. Dodaj sól rozpuszczoną w wodzie, wymieszaj tak by sól dobrze rozprowadzić w cieście.

4. Następnie podnieś ciasto i zawiń je w pół, zawijaj je w ten sposób obracając miskę o ćwierć obrotu jeszcze trzykrotnie. Powtórz procedurę 3 razy co pół godziny. Na koniec zostaw ciasto by odpoczęło przez 15 minut.

5. Uformuj ciasto w kulę i umieść w koszyku do wyrastania wysyanym mąką. Jeżeli nie posiadasz koszyka, można użyć cedzaka wyłożonego czystą ściereczką posypaną obficie mąką.

6. Odłóż ciasto do wyrastania, aż podwoi swoją objętość o 50%. Następnie włóż je do lodówki i zostaw na noc w lodówce (8-12 h).

7. Chleb jest gotowy do pieczenia rano. Piecz go w temperaturze 220 stopni, na kamieniu do pieczenia. Warto do piekarnika włożyć blaszkę wypełnioną wodą - dzięki temu skórka będzie bardziej chrupiąca. Piecz aż skórka będzie ciemnobrązowa.













środa, 13 lipca 2016

Ciasto jogurtowe z brzoskwiniami i borówkami amerykańskimi

Szybkie, przyjemnie wilgotne, jedyna wada - trudno powstrzymać się przed zjedzeniem następnego kawałka;). Cień na tarasie, herbata i to ciasto to dla mnie idealne popołudnie.


Ciasto jogurtowe z brzoskwiniami i borówkami amerykańskimi

2 jajka
1,5 szklanki mąki
0.5 łyżeczki proszku do pieczenia
0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
1 szklanka cukru
laska wanilii
3 brzoskwinie
2 garści borówek amerykańskich
0,5 kostki masła
0,5 kubka jogurtu greckiego
łyżeczka cukru pudru do posypania


1. Nagrzałam piekarnik do 180 stopni. Foremkę wyłożyłam papierem do pieczenia i nasmarowałam brzegi masłem.

2. Przesiałam suche składniki.

3. W osobnej misce, w mikserze ubiłam masło z cukrem, dodając stopniowo rozmieszane jajka. Ubijałam przez około 3 minuty na dużych obrotach. Potem dodałam nasionka z jednej laski wanilii i jogurt grecki.

4. Delikatnie połączyłam suche składniki z mokrymi. Wylałam ciasto do blaszki. Na wierzchu poukładałam pokrojone brzoskwinie i borówki. Ciasto piekłam około 40 minut, sprawdzając stopień wypieczenia patyczkiem.








wtorek, 12 lipca 2016

Pomarańczowa nocna owsianka z nasionami chia

Ostatnimi czasy zbyt często opuszczałam śniadania. Jako osoba uzależniona od "snooza" w budziku wolałam nastawiać sobie dodatkowe 8 minut wylegiwania się pod pierzyną;).
Nie wspomnę już o zapomnianej paczce płatków owsianych stojącej na półce jak wyrzut sumienia...
Znalazłam jednak idealne rozwiązanie moich problemów - nocną owsiankę!
Śniadanie przygotowuję sobie dzień wcześniej i rano tylko wyciągam z lodówki, wrzucam na wierzch owoce i się delektuję. Jeszcze jeden plus -  z tej porcji mam z głowy superzdrowe śniadania przez 4 dni pod rząd:).
W tej wersji owsianka pomarańczowa - myślę jednak, że można popuścić sobie wodze fantazji i pokombinować z innymi dodatkami dla urozmaicenia.
W wersji wegańskiej - pomiń jogurt:).



Nocna owsianka na zimno z chia i pomarańczami

2 kubki płatków owsianych
4 łyżki nasion chia
2 kubki mleka roślinnego (u mnie migdałowe)
1/4 szklanki świeżego soku pomarańczowego
Skórka otarta z pomarańczy
2 łyżki miodu



1. Wymieszałam razem suche składniki w misce.

2. Do mleka dodałam sok pomarańczowy, miód i skórkę pomarańczową. Całość porządnie wymieszałam.

3. Połączyłam suche składniki z mokrymi. Owsiankę przełożyłam do słoiczków i zakręcone włożyłam do lodówki. Zostawiłam na noc.

4. Rano do pierwszego słoiczka dodałam nieco pomarańczy, łyżkę jogurtu naturalnego i posypałam prażonymi pestkami dyni. Taką owsiankę można zjeść od razu, albo spakować sobie na lunch do pracy.



niedziela, 15 maja 2016

Wegańska tarta z rabarbarem i truskawkami

Sezon na rabarbar w pełni, a jadąc dziś z Poznania zauważyłam pierwsze przydrożne stoisko z truskawkami. Część truskawek pochłonęłam od razu, natomiast te, które dowiozłam do domu, lekko sterane życiem w torebce foliowej znalazły się w tandemie wraz z rabarbarem w nadzieniu mojej tarty.
Baza do tarty w wersji wegańskiej - zamiast masła użyłam oleju rzepakowego z pierwszego tłoczenia i muszę przyznać, że fajnie to działa. Z racji tego, że w cieście nie ma cukru, spód do tarty na pewno sprawdzi się w jakiejś wytrawnej wersji tego dania. No i pamiętajmy o tym, że olej rzepakowy jest naturalnym źródłem steroli roślinnych oraz witaminy E i dlatego warto o nim pamiętać:).






Tarta z rabarbarem i truskawkami

Spód tarty:
2 2/3 kubka mąki
2/3 kubka oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1/2 łyżeczki soli

Nadzienie:
1/2 kg truskawek
2 kubki posiekanego w plasterki rabarbaru
1/3 kubka mąki
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/4 łyżeczki cynamonu
1 kubek cukru


1. Mąkę zmieszałam z solą, wlałam doń olej rzepakowy. Zmieszałam wszystko łyżką do połączenia składników. Ciastem wyłożyłam formę do tarty i podpiekłam je w temperaturze 180 stopni przez około 10 minut.

2. Wymieszałam mąkę z cukrem i przyprawami w misce. Wrzuciłam do miski pokrojone truskawki i rabarbar, całość przemieszałam tak, żeby owoce pokryły się mieszaniną mąki i cukru.

3. Wyłożyłam nadzienie na podpieczony spód i piekłam przez 30 minut w temperaturze 160 stopni.






sobota, 14 maja 2016

Crostata razy dwa. Jedna pomidorowa, jedna z botwinką - obie w glazurze miodowo tymiankowej.

Danie w sam raz na majowe, słoneczne popołudnie. Ciasto jest przepysznie kruche, a nadzienie...sami spróbujcie:).



Crostata

Ciasto:

125 g mąki
75 g mąki kukurydzianej
1/4 łyżeczki soli
150 g masła
1/2 kubka startego, ostrego w smaku sera (u mnie cheddar)
1 jajko do posmarowania ciasta

Nadzienie:

Botwinka i młode buraki
Pomidorki cherry
2 łyżki octu jabłkowego
1 łyżka miodu
3 łyżki oliwy z oliwek
Pół główki czosnku
mały pęczek tymianku
1 kubek startego cheddara
sól, pieprz


1. Do misy robota kuchennego wsypałam mąki, posiekałam zimne masło w kostkę, dodałam sól i mieszałam aż zawartość zaczęła się zbijać w małe grudki. Na tym etapie dodałam około 3 łyżki lodowatej wody. Całość zagniotłam, rozwałkowałam na 2 blaty bezpośrednio na papierze do pieczenia i włożyłam na parę chwil do zamrażarki.

2. Oliwę z oliwek, miód i ocet wlałam do rondelka. Na małym ogniu podgrzałam składniki i dodałam całe obrane ząbki czosnku i tymianek. Potrzymałam glazurę kilka minut na małym ogniu.

3. Pomidorki pokroiłam w plasterki, wyłożyłam na ręcznik kuchenny i porządnie posoliłam. Zostawiłam je na ręczniku na około godzinę.

4. Botwinę i pokrojone w plasterki buraki podsmażyłam moment na oliwie z oliwek.

5. Oba schłodzone blaty posypałam potartym serem. Na jeden poukładałam osuszone pomidorki, polałam całość glazurą miodową z czosnkiem i tymiankiem. Analogicznie postąpiłam z drugim blatem i buraczkami.

6. Brzegi ciasta zawinęłam lekko wokół nadzienia. Posmarowałam rozmąconym jajkiem i piekłam w temperaturze 180 stopni, aż brzegi nabrały pięknego, brązowego koloru.






Smacznego!








poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Jajka w kokilkach z sosem szczawiowym

Na niedzielne śniadanie warto zrobić coś wyjątkowego. Dzisiejszy dzień, choć pochmurny, zaczęliśmy od wyprawy na łąkę, tuż za płotem. Jacek nazrywał sobie listków krwawnika, które włożył w książkę do suszenia i planuje umieścić w swoim zielniku, a ja przyniosłam do domu pół koszyka młodziutkiego szczawiu. Tak, my z Jaconem nie popieramy łowiectwa, natomiast zbieractwo jak najbardziej:).
Na zupę tego szczawiu trochę mało było, postanowiłam więc wykorzystać go trochę bardziej kreatywnie.
To śniadanie dla tych, którzy lubią kwaśne potrawy - ja uwielbiam, jestem z tych co pasjami piją wodę z kiszonej kapusty, czy ogórków. A szczaw z jajem rozumieją się doskonale:).




Jajka zapiekane w sosie szczawiowym
(4 porcje)

1 spory pęczek szczawiu (około 150-200 g)
2 łyżki masła
pół pęczka dymki
1/4 kubka śmietany kremówki
szczypta soli
4 jajka
rozgnieciony w moździerzu pieprz kolorowy


1. Szczaw wymyłam porządnie, na patelni rozgrzałam masło i podsmażyłam na niej posiekaną dymkę.

2.Dorzuciłam na patelnię wymyty szczaw. Podsmażyłam chwileczkę, aż zmniejszył objętość i zaczął zmieniać kolor na oliwkowo-zielony. 

3. Wlałam kremówkę, dodałam sól i na małym ogniu poddusiłam całość przez około minutę.

4. Przygotowałam kokilki - wysmarowałam je masłem. Wypełniłam naczynie żaroodporne wrzątkiem tak, żeby po wstawieniu doń kokilek woda sięgała połowy ich wysokości.

5. Do każdej kokilki włożyłam 2 łyżki sosu szczawiowego i wbiłam jajko, posypałam wszysko kolorowym pieprzem.

6. Zapiekałam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez około 12 minut- idealnie jest gdy białko jajka jest ścięte, a żółtko płynne.

7. Zagryzłam śniadanie świeżo upieczoną bułką z masłem. Pycha!

piątek, 26 lutego 2016

Sernik nad serniki. Znowu:)

Dobra...może jestem monotematyczna, ale zakochałam się w tych amerykańskich sernikach i nie mogę przestać ich piec! Ten jest cudownie wysoki, tak kremowy, że rozpływa się w ustach pozostawiając posmak skórki cytrynowej na języku...poezja deserowa w najczystszej postaci. A ile wariacji można na temat tego sernika wykonać...dodać owoce, dolać nieco irish cream albo whisky do masy serowej, zmieszać z rozpuszczoną gorzką czekoladą - co komu w duszy gra:).
Przepis pochodzi z niesamowitej książki mojej guru cukierniczej Dorie Greenspan zatytułowanej "Baking - From my Home to Yours". 
Zmodyfikowałam recepturę nieco - oryginał woła o 900 gram serka typu cream cheese (taki jak Philadelphia) - co w naszych polskich warunkach sprawia, że ciasto to staje się cokolwiek drogie w wykonaniu. Cream cheese zawiera w sobie około 30% tłuszczu, ja szczerze mówiąc dokonałam pewnego oszustwa - użyłam 2 opakowań 350g  "Delikatnego Twarogu" President (zawartość tłuszczu 10%), jednego opakowania 250g serka mascarpone (zawartość tłuszczu około 60%) i dodałam jeszcze do masy 50g miękkiego masła. Może to nie są idealnie obliczone proporcje i operację wykonałam nieco "na oko" - efekt jest jednak świetny. Sernik absolutnie nie smakuje "chudo", jest bogaty w smaku i z aksamitną teksturą. Do ciasteczkowego spodu dodałam też nieco imbiru - moim zdaniem składnik ten dobrze rozumie się z cytryną. 


Sernik amerykański

Spód:
1,5 kubka pokruszonych herbatników zbożowych
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
szczypta soli
5 łyżek roztopionego masła

Masa serowa:
700 gram serka homogenizowanego (u mnie Twaróg Delikatny President)
250 g mascarpone
(oba sery w temperaturze pokojowej)
50 g miękkiego masła
1 1/3 kubka cukru
szczypta soli
4 duże jajka w temperaturze pokojowej
1/2 kubka kremówki i 1/2 kubka kwaśnej śmietany 18% zmieszane razem
otarta skórka i sok z jednej cytryny

1. Ciasteczka zblendowałam na drobne okruszki, zmieszałam z roztopionym masłem i imbirem. Wyłożyłam tortownicę (średnica 24cm) papierem do pieczenia i masą ciasteczkową, trzeba ją dobrze przygnieść palcami i dobrze zrobić dookoła foremki leciutki kołnierzyk z masy ciasteczkowej.

2. Spód ciasteczkowy piekłam do lekkiego zbrązowienia w temperaturze 180 stopni (niecałe 10 minut), potem wyciągnęłam, odstawiłam do studzenia.

3. Nalałam pełny czajnik wody i wstawiłam na gaz by się zagotowała. Tymczasem umieściłam moje serki i miękkie masło w misie robota kuchennego - włączyłam mikser na dużych obrotach i mieszałam serki przez około 4 minuty. 

4. Z mikserem nadal pracującym, stopniowo dosypywałam cukier i dodałam szczyptę soli. Dodałam też skórkę otartą z cytryny i sok cytrynowy Pozwoliłam im się ubijać przez następne 4 minuty. 

5. Następnie zaczęłam wbijać jajka - po jednym, miksując około minuty przed każdym następnym. 

6. Na koniec na niskich obrotach miksera dolałam zmieszane śmietany. Całość przemieszałam jeszcze łyżką kuchenną by upewnić się, że przy ściankach nie zostały żadne "niedomieszki"

7. Foremkę owinęłam szczelnie folią aluminiową. Wlałam masę serową do tortownicy z ciasteczkowym spodem. Tortownicę umieściłam w większej formie wypełnionej zagotowaną uprzednio wodą. Całość włożyłam do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni.

8. Sernik piekłam 1,5 godziny. Następnie wyłączyłam piec i zostawiłam sernik na następną godzinę w uchylonym piekarniku. 

9. Nadludzkim wysiłkiem wystudziłam sernik nie wyżerając ani kawałka i pozwoliłam mu dojść do perfekcji poprzez spędzenie nocy w lodówce:).

No...i na drugi dzień można jeść:)






czwartek, 21 stycznia 2016

Hummus księżniczki

Jakim cudem nie dodałam jeszcze do Kukinarium przepisu na hummus? Myślę, że może tu chodzić o to, że zjadam go szybciej niż zdążę sfotografować;).
Dziś udało mi się jednak dopaść hummus z aparatem. Z dodatkiem pieczonego buraka nabiera ślicznego różowego koloru - prawdziwy hummus księżniczki;).
Tym razem mój hummus jest z wielkopolskim twistem - polany moim ukochanym olejem rydzowym.



Hummus z pieczonym burakiem

200 g ciecierzycy
5 łyżek pasty sezamowej tahini
1/2 szklanki ekstra dziewiczej oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
sok z 1 cytryny
1 niewielki burak upieczony w folii
sól

1. Ciecierzycę namoczyłam dzień wcześniej i postawiłam w chłodnym miejscu na noc. Na drugi dzień odcedziłam cieciorkę i ugotowałam ją w świeżej lekko osolonej wodzie aż do miękkości - trochę to trwa!

2. Ugotowaną cieciorkę miksuję z pastą tahini, oliwą z oliwek, rozdrobnionym czosnkiem i sokiem z cytryny. Jeżeli uznamy, że masa jest za gęsta można zmodyfikować jej konsystencję dodając nieco zimnej wody, albo więcej oliwy z oliwek. Na koniec dodałam do smaku soli i zmiksowałam hummus z pieczonym burakiem.

3. Hummus lubię tłuściutki, więc polewam zawsze jeszcze dodatkowo dobrą oliwą z oliwek, tym razem jednak nie mogłam się oprzeć olejowi rydzowemu - jest przepyszny!






wtorek, 19 stycznia 2016

Sernik Oreo

Nie lubię serników. Jedyny sernik, który był dla mnie dotychczas jadalny to sernik z kruszonką czekoladową mojej mamy - cała reszta cukierniczych wyrobów z twarogiem w roli głównej nigdy do mnie nie przemawiała. 
Moje negatywne nastawienie do tego ciasta zmienił jednak sernik nowojorski - taki z serków Philadelphia, pieczony w kąpieli wodnej. To zupełnie inna bajka niż ciężkie, mokre, mało słodkie (dobra, miłośnicy polskich serników, wyzywam Was, komentujcie;))) rodzime ciasta.
Ten jest o wiele bardziej kremowy i gładki - dla mnie  bomba:).
Eh,  przypomniał mi się  odcinek "Friends", ten w którym Rachel i Chandler jedzą sernik z podłogi - myślę, że gdyby mi wypadł z rąk, też nie mogłabym się powstrzymać;).




Sernik Oreo

650 g kremowego serka (Philadelphia, albo podobny)
350 g drobnoziarnistego cukru
5 dużych jaj
1/2 kubka kwaśnej śmietany
1 laska wanilii 
4 łyżki masła
11/2 kubka pokruszonych ciasteczek Oreo


1. Ważna sprawa! Składniki powinny mieć wszystkie taką samą pokojową temperaturę, więc wyciągnijcie wszystko z lodówki chwilę przed przystąpieniem do pracy:).

2. Pokruszone ciasteczka Oreo zmieszałam ze stopionym masłem. Wyłożyłam masą ciasteczkową tortownicę (dno przykryte papierem do pieczenia) i piekłam w temperaturze 180 stopni około 15 minut. Upieczony spód odstawiłam do wystudzenia.

3. Serki wymieszałam w robocie kuchennym z cukrem. Do dobrze wymieszanego serka dodałam jedno po drugim jajka i nasionka wyskrobane z laski wanilii. Nie ubijałam masy przesadnie - składniki powinny się tylko połączyć.

4. Na koniec dodałam pół kubka kwaśnej śmietany i wymieszałam do połączenia składników.

5. Masę serowo-jajeczną wylałam na ostudzony spód.Tortownicę przedtem owinęłam szczelnie folią aluminiową by zapobiec przeciekaniu . Całość umieściłam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, w większej blaszcze wypełnionej wodą (mniej więcej do połowy wysokości naszego sernika) i piekłam w tej temperaturze przez około 15 minut, po czym przykręciłam temperaturę do 160 stopni i piekłam dalej przez około godzinę.

6. Gotowy sernik jest idealnie płaski, nie popękany, mój zaczął się lekko złocić od pieczenia. Powinien być na tyle ścięty, że stawia lekki opór pod naciskiem palca. Pozostawiłam go jeszcze w wyłączonym piekarniku przez około 15-20 minut przy otwartych drzwiczkach. Potem wyciągnęłam, ostudziłam i nadludzkim wysiłkiem opanowałam się by nie jeść od razu - najlepszy jest wyjęty na drugi dzień z lodówki:).







poniedziałek, 19 października 2015

Brownie wg Nigela

Pisałam już jaką wielbicielką Nigela Slatera jestem? Chyba tak;). Dziś przepis z najbardziej wymorusanej kakao kartki mojego egzemplarza The Kitchen Diaries - książka sama otwiera mi się na tej stronie bo jest to wypiek, do którego jako miłośniczka czekolady bardzo często powracam. 
To ciasto jest dobre na wszelkiego rodzaju dołki, humorki...taka ilość czekolady gwarantuje porządny wyrzut endorfin. Jest bogate w smaku, cytując mistrza  - "gęste jak błoto w Glastonbury", dekadencko czekoladowe. Ja dodaję do niego jeszcze orzeszki włoskie - bo tak lubię.
Idealne podane jeszcze na ciepło z kleksem prawdziwej bitej śmietany. Yum:).



























Brownie z The Kitchen Diaries

300 g cukru
250 g masła
250 g czekolady 70%
3 jajka + jedno dodatkowe żółtko
60 g mąki
60 g kakao dobrej jakości
szczypta soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
garść posiekanych orzechów włoskich


1. Przygotowałam sobie blaszkę, wyłożyłam ją pergaminem do pieczenia (u mnie tortownica, Nigel proponuje kwadratową foremkę o boku 23 cm), rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

2. Miękkie masło utarłam przy pomocy robota kuchennego na puszystą masę z cukrem. 

3. Tymczasem 200g czekolady połamałam na kawałeczki i rozpuściłam w rondelku nad parującą wodą. Pozostałe 50 g pokroiłam w drobniejsze cząsteczki.

4. Jajka rozbiłam do miseczki i delikatnie ubiłam widelcem. Przesiałam razem mąkę, kakao,  i proszek do pieczenia wraz ze szczyptą soli. 

5. Jajka po trochu dodałam do misy robota na wolnych obrotach mieszadła, zwiększając obroty pomiędzy kolejnymi porcjami. 

6. Do mikstury maślano jajecznej dodałam roztopioną czekoladę. Na koniec dodałam przesiane suche składniki  wraz z orzechami i bardzo delikatnie całość połączyłam mieszając ręcznie.

7. Ciasto wylałam do blaszki, wygładziłam wierzch łyżką. Piekłam w piekarniku sprawdzając po około 15 minutach patyczkiem konsystencję. Brownie jest gotowe gdy patyczek wychodzi lekko lepki, ale bez surowego ciasta doń przyczepionego. Ciasto ma być wilgotne w środku i całkowicie wypieczone tylko z brzegów - nawet jeżeli wydaje nam się na początku trochę zbyt "surowe" po ostygnięciu zastyga, więc bez obaw.